Perypetie majowe

20170516_100450Długi weekend maja rozpoczął się w moim domu dość ciekawie. Chwilami płakałam ze śmiechu, a chwilami prawie płakałam ze strachu i złości. W weekend majowy ze względu na pracę od kilku lat nie mogę wyjechać. Dlatego bez wyrzutów sumienia organizuję w tym czasie urodziny mojego męża.

Zapraszam całe nasze towarzystwo, przyjaciół i rodzinę, stawiam na stół, jak najwięcej jedzenia i picia, siadam z wszystkimi i świętujemy. W tym roku było tak zabawnie, że prawie leżałam na ziemi ze śmiechu. Chyba nie pamiętam, kiedy się tak uśmiałam. Ponieważ narzuciłam sobie taki rygor w życiu, że zwyczajnie nie potrafiłam wyluzować. Ciągle tylko zadania i obowiązki. Aby dom nie ucierpiał na zmianie mojego trybu życia, wiele trzeba było zmienić. Oczywiście ten wieczór to mój cheat meal…który w tym roku się przedłużył o cały następny dzień. Zwyczajnie nie wytrzymałam. Wstyd i winna, ale też przyznam, że pokarało mnie szybciutko. Mój synek, biegnąc przez salon potknął się i upadł tak niefortunnie, że złamał sobie rączkę. Oj, moja mała Biedusia. Jednak to dzielny chłopczyk i szybko się otrząsnął. Dałam mu ibum, posmarowałam rączkę maścią przeciwbólową i ruszyliśmy do szpitala. Tam troszkę to potrwało i niestety okazało się, że trzeba założyć szynę z gipsu. No i masz babo placek. Jak tu pracować, żyć i…fitnessować się. Jakoś nie umiem iść na zwolnienie. Przebudowałam grafik, zrezygnowałam z fitnessu na tydzień i ogarniamy temat na zmianę z mężem. Teraz siedzę z maluchem w domu na moich dniach wolnego i wreszcie mam dwa dni ćwiczeń zaliczone. Jednak restrykcyjność diety poleciała. Myślę o jakimś detoksie, kiedy już jakoś złapiemy oddech. Z tego wszystkiego i mnie posypało się zdrowie. Dopadła mnie jakaś infekcja. Jak znam siebie trauma szpitalna zrobiła swoje. Nienawidzę szpitala mam drgawki, kiedy tam wchodzę i napady paniki. Załamanie, że maluch ma kontuzję spowodowało, że mój system obronny organizmu mi trochę popuścił. Jak dziś pamiętam, jak na kawie u szwagierki aż łapki mi latały z nerwów. Muszę coś wymyślić może nawet iść do lekarza, żeby wyjść z tego przeziębienia. Jednak nawet niedyspozycja nie powstrzymała mnie przed dzisiejszą porcją sportu. -Jak my dzisiaj dostałyśmy w „dupę” na zajęciach i to dosłownie, bo zajęcia nazywały się jędrne pośladki. Było zastępstwo i już z naszą instruktorką nie ma żartów, ale dziś miałam ochotę przerwać i się poddać. Po wyjściu włosy miałam mokre. I muszę przyznać, że nie tylko ja. Jedno wiem ani razu nie odpuściłam. I tego się będę trzymać. Dziś ostatni dzień wolnego, więc zaraz pakuję się do łóżka i się wyśpię.

Dorota

Jedna myśl nt. „Perypetie majowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge