Tyle o miłości…

serduszko   Dziś przeczytałam, że zakochać się nieszczęśliwie, to jak trząść wielkim drzewem, aby strząsnąć kroplę rosy. Oczywiście to uproszczenie zaczerpnięte z posta Beaty Pawlikowskiej. Pisała dalej, że w miłości można się zagubić i wybrać niewłaściwego człowieka, że wynika to z poszukiwania własnej tożsamości i przenoszenia pewnych oczekiwań na drugą stronę. Uwielbiam wpisy pani Beaty dają przyczynek do moich rozważań na różne tematy. Zakochiwać się czy nie?

   Jak ja to widzę? Na swojej drodze spotyka się wielu ludzi. Każdy jest inny i ma rozwinięte inaczej swoje umiejętności społeczne czy empatię. Czasem zakochujemy się w kimś, choć od razu nie spełnia naszych oczekiwań, nie pasuje do nas. Kiedy myślimy o tej osobie nie pojawia się kartka “chcę z nią spędzić resztę życia”. Ale coś w środku podskakuje fikołki i pcha w objęcia nie pytając o zgodę. Miłość to nie kalkulacja- ile zyskam, ile stracę. Nie zawsze z kimś kogo się kocha postanawia się żyć “długo i szczęśliwie”. Nie każdy kto wybiera niewłaściwego człowieka jest osobą nieukształtowaną, czy zakompleksioną, poszukującą akceptacji u drugiej osoby. Nie zawsze wszystkie intencje partnera są widoczne na pierwszy rzut oka. Jednak to co cudowne jest w miłości, nawet tej nieszczęśliwej, to cała gama uczuć, która w człowieku się pojawia. Te momenty euforii i uczucia uskrzydlenia. Ale też momenty załamania. Pełna huśtawka nastrojów. Nie wszystkie filmy mają happy end. Szczęściem jest czuć te przelewające się fale. To cud. Wspaniałe jest przeglądać się w oczach ukochanej osoby i widzieć miłość, zachwyt i ciepło. Wspaniałym jest wpadać w ramiona, jakby się wracało do domu po długiej wędrówce. Czymś niesamowitym jest mieć dom w drugiej osobie. A co jeśli tak nie jest? Czy należy się poddać, załamać? Czy dalej szukać? To już każdy sobie musi zadać to pytanie. Ja wierzę, że życie bez miłości jest, jak życie bez nadziei -to dopiero jest porażka. Dlatego trzeba wierzyć, że wszystko jeszcze jest przed nami, że wszystko może się jeszcze zdarzyć.

Kiedy myślę o związkach, o wielkich miłościach, które kończyły się ślubem. To nie tak, jak w bajkach, koniec nie oznaczał wcale happy endu. Każdego dnia trzeba pracować nad związkiem i miłością. To mimo wszystko dość ulotne uczucie. Kiedy z jakiegoś powodu para sobie odpuszcza, traci miłość, dom dla swoich serc. Wtedy zaczyna się, życie dwóch osobnych bytów połączonych koniecznością wspólnego życia. Dopóki jest wola walki, pracy nad związkiem jest nadzieja. Jednak kiedy choćby jednej osobie przestaje zależeć to jest to koniec miłości. Wtedy to już zagubiona miłość… nieszczęśliwa miłość, która umarła. To skolei prowadzi do życia w pustce i samotności, a to już udręka. Nie ma do kogo wyciągnąć ręki, gdzie wygrzać serca w trudnych chwilach. Nie ma gdzie w paść w ciepłe stęsknione ramiona. Nie ma czułości i zrozumienia. Jest tylko rozgoryczenie i złość. Czy to jest szczęście? Oczywiście nie spotyka to każdej pary. Każdy z nas jest kowalem swojego losu. Jednak z pewnością trudniej jest parom, które nie są dobrane, wymaga to naprawdę dużo dobrej woli i pracy.

Zatem ja osobiście wolę być osobą strząsającą kroplę rosy z wielkiego drzewa, posiadającą choćby cień nadziei. Niż osobą, która nigdy nie poznała smaku miłości. Z pewnością wolę też  nie być osobą żyjącą w lodówce uczuć, w poczuciu beznadziejności sytuacji i bez nadziei na szczęście. Jednak na wszystko, co nas spotyka trzeba otworzyć serce, czasem dać się zranić, czasem czuć ból, a czasem przy odrobinie szczęścia ” być najszczęśliwszym człowiekiem na świecie”.  Niestety czasem nie wszystko jest takie proste i oczywiste. A jakby to było cudownie, aby każda miłość, kończyła się “i żyli długo i szczęśliwie”. Życzę każdemu jego własnego szczęśliwego zakończenia, choć dla każdego z pewnością znaczy to co innego.

Dorota

Jedna myśl nt. „Tyle o miłości…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge