Zaduszne wspominki z dzieciństwa

Chryzantema, www.pinterest.comKiedy byłam małą dziewczynką na dwa – trzy dni przed Zaduszkami jechaliśmy do mojej babci do Rumi. Babcia była ogrodnikiem i Święto Zmarłych, to był czas wytężonej pracy. Kiedy przyjeżdżałyśmy na miejsce, w poprzeczniaku – łączniku między domem, a szklarniami- było miejsce robocze do przygotowywania kwiatów, prace szły pełną parą. Babcia i jej pracownice, szykowały wiązanki ze świerku. W koszach stały naręcza chryzantem przygotowanych do sprzedaży, ale również tych przeznaczonych do wiązanek. Panie przygotowywały kwiaty z przybraniem, mocując na drucikach. Wśród zamówień były też wiązanki z różami, często dla stałych klientów. Moja mama przyjeżdżała wtedy pomagać babci. Kobiety siedziały po nocach, aby wyrobić się z zamówieniami. Kiedy nadchodził 1 listopada, mój dziadek brał duży samochód i jechał do Gdyni na cmentarz witomiński, gdzie stawał, jak najbliżej cmentarza i sprzedawał doniczki z chryzantemami, chryzantemy cięte, wieńce z kwiatami. Dla mnie jednak te wyjazdy do babci oznaczały dobrą zabawę. Snuliśmy się między domem, a porzeczniakiem wpatrując się w pracujących, podsłuchując, co też mówią dorośli. Najważniejsza była ta niepowtarzalna atmosfera i zapach. Wciąż mam przed oczami podłogę usianą ścinkami świerku, przytłumione światło. Wyczuwało się napięcie, bo dziadkowie zastanawiali się, jak wypadnie święto, czy wyrobią się z zamówieniami, czy ciężka praca przełoży się na dobry zarobek. Zmartwieniem było, jeśli kwiaty nie rozwinęły się dostatecznie lub nie wyrosły na czas. Zdarzały się lata, kiedy mama szła pomagać dziadkowi przy sprzedaży. Myślałam sobie wtedy, że głupio by mi było, gdyby szedł ktoś z moich znajomych, a ja bym stała i sprzedawała. O ironio, pierwsze pieniądze zarobiłam właśnie sprzedając kwiaty dziadków na rynku w Rumi i Gdyni Chyloni.

Drugim ważnym akcentem tego święta było odwiedzanie grobów. Najpierw jeździliśmy sprzątać groby,  aby w dniu Święta Zmarłych przynieść wiązanki, kwiaty i znicze. Przez lata odwiedzaliśmy głównie cmentarz na gdyńskim Witominie, później również w Rumi. Szliśmy całą rodziną, chodząc od grobu do grobu. Najpierw grób cioci Marysi, potem dziadka, aby dojść do grobu pradziadków. Robił się z tego spory spcerek. Idąc patrzyłam na mijane groby, czytałam nazwiska i daty, liczyłam ile kto żył. Kto pięknie ustroił grób, a gdzie nikogo nie było.Te spacery miały swój odświętny charakter, każdy zakładał odzież zimową, jakby ta data wyznaczała magiczną granicę, między jesienią a zimą. Panie były eleganckie, odszykowane, bo przy grobach spotykały się całe rodziny. W powietrzu unosił się zapach palących się zniczy, świrku i kwiatów. Oczywiście dzień ten miał w sobie pewną powagę i zadumę. Jednak wtedy odwiedzałam groby ludzi, których nie poznałam, a jedynie znałam ze wspomnień rodziców, dlatego nie odbierałam go bardzo osobiście. Po latach odwiedzałam już groby bliskich mi ludzi, których dobrze znałam i byli dla mnie ważni.  Pomimo tego lubię iść na cmentarz, aby się na chwilę zatrzymać, pomyśleć i powspominać.

Wieczorami tata brał nas do samochodu i jechaliśmy na spacer po opustoszałym cmentarzu, otaczały nas tysiące palących się zniczy. W powietrzu czuć było ich zapach, a my spacerowaliśmy głównymi alejami.Do okoła chodzili podobni do nas, amatorzy wieczornego spaceru.  Było pięknie i lekko niepokojaco.

Dorota

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge